Koleżanka uczy się pomagać innym. Ma być czymś w rodzaju psychologa, tylko bez uprawnień. Taki chrześcijański doradca dla pogubionych wewnętrznie. Bardzo ją lubię. Koleżankę moją w sensie. Jest ciepła, serdeczna ale jednocześnie pełna stanowczości. Doskonale wie czego chce.
Trudno jest się przyznać do kłopotów. Teoretycznie po dużej dawce rekolekcyjnej powinnam wiedzieć co z tym robić. Ale nie wiem. Jest codziennym problemem. Staje się krzyżem. “Dzięki Ci Panie mój za ten Krzyż”. Ale czy umiem dziękować, czy tylko się wkurzam, że mi przeszkadza, drażni i doprowadza do furii? Wkurzam się i nie umiem przyjąć. A już mi się wydawało, ze jestem prawie doskonała. A tu tylko pycha i faryzeizm wyłazi każdym porem mojej zarozumiałej skóry.
No więc (podobno nie zaczyna się od tego zdania ale tak mi wygodnie) udałam się do koleżanki mojej, przyjaciółki właściwie, coby problem rozwikłać i może jakoś zaradzić. Przesiedziałyśmy 1,5 godziny. Obraz stał się wyraźniejszy. Nieco bardziej zrozumiały, co nie znaczy, że łatwiejszy w odbiorze. Ale zaczynam mieć broń w ręku. A to oznacza, ze nie dam robić już z siebie milczącej niemoty.
Archiwum kategorii: Przed powrotem
Poszłam do szkoły :)
Sobota i pół niedzieli w Magdalence w Wieczerniku
Miejsce wyjątkowe, takie do którego wraca się za każdym razem jak do domu rodzinnego. Zaczęłam szkołę animatora. I czułam się tak właśnie:


Od jakiegoś czasu jest we mnie przepełniające do granic, pulsujące dziękczynienie. I skarby odkrywam w swojej codzienności, w jej szaroburej niby monotonii bez fajerwerków światowego blichtru. Znalezione skarby lśnią coraz jaśniej, płomień zaczynają niemal przypominać, żywy ogień, drgający, migoczący, ale przede wszystkim dający poczucie domowego ciepła i bezpieczeństwa. Gdzieś daleko odzywa się czasem tęsknota za dzieciństwem. Tam daleko, we wspomnieniach, znajduję to samo uczucie.. Myślę, nadzieję mam taką, że to Boży Pokój ogarnia moje serce. Niezauważalne dla człowieka, delikatne muśnięcia Bożej Miłości zalewają duszę błogością i pragnieniem uwielbienia. To Ona – MIŁOŚĆ, pozwala dostrzegać cuda w miejscach, ludziach i sytuacjach, które pozornie zdają się błahe, nieistotne lub zbyt trudne, by je zaakceptować. Tylko “odgórna” pomoc może nam dać siłę i moc. Mam wrażenie, że to ona właśnie przesiąka przez szczeliny w głazach i kamieniach mojego serca.
Nie umiem dziękować Ci Panie
bo małe są moje słowa.
Zechciej przyjąć moje milczenie
i naucz mnie życiem dziękować
Memento mori…

Chwile…
Są takie chwile, które pojawiają się całkiem niespodziewanie. Albo inaczej.. Całkiem niespodziewanie się przeobrażają, nabierają niespodziewanych kształtów i zaczynają wzbudzać zachwyt, taki niewysłowiony, niewypowiedziany, bo nie sposób go wyrazić żadnym zwykłym, ludzkim określeniem. Tak rodzi się uwielbienie, bo przecież tylko Jemu zawdzięczamy te chwile właśnie.
Wczorajsza próba. Niespodziewanie obrodziła muzycznie. Wyciągnięta z lamusa piosenka zrobiła furorę i przerodziła się w zachwyt i modlitwę w językach i nagle nuty przestały być wrogiem a stały się radością wielbienia a współbrzmienie głosów, skrzypiec i gitary było chórem niebiańskim niemalże. I ręce, które same wzniosły się w górę, wyciągnięte do Niego, tylko dlatego, że jest.
Amen.
Do oddania w czułe ręce mam.

Porzucona kotka urodziła maluchy na mojej posesji w schowku na pojemnik na śmieci. Mamuśkę dokarmiam, maluchy rosną. Niestety nie mogę zatrzymać w domu tego nadprogramowego towarzystwa. Szukam dla nich nowych rodzin.
Szpital
Co roku przychodzi taki dzień, kiedy wszyscy w domu są chorzy jednocześnie. Oczywiście wszyscy oprócz mnie. Nie to, że nie chciałoby mi się pochorować trochę i że na czworakach lecę do pracy bo taka ze mnie bohaterka. Nie… ja nie choruję prawie w ogóle. Mam nawet na to logiczne wytłumaczenie – ktoś musi opiekować się domowym szpitalem i ja wygrywam przetarg. Motylątko charcze już prawie tydzień, obcierając rękawem zaglucony ryjek. Motylówna odzyskuje siły po perypetiach żołądkowych, które właśnie rozpoczyna Motylek. Stary Motyl sysa tabletki na gardło i prątkuje dookoła. Sił mi nie starcza, żeby to obrobić. W dodatku przygniata mnie nieustępliwe uczucie porażki – wszystkie moje (niewprawne, bo niewprawne ale zawsze) wysiłki zmierzające ku rozkręceniu domowego interesu spełzają na niczym. Sklep motyla jest martwy tak jak był na początku wojny, czyli miesiąc temu. Statystyki są nieubłaganie bolesne. Chyba jednak dupa ze mnie a nie administratoro-pozycjono-bógwiecojeszcze.
Zdecydowanie marzy mi się wieczór, kiedy beztrosko o 19.00 wywalę się do betów, bez grzebania w necie i obaw co do jakości odgłosów dobiegających z dziecinnych pokojów.
A wczoraj prawie już Gwiazdką zapachniało – w ramach rozrywek dla zagluconego Motylątka piekłam kruche ciastka. Motylątko wycinało ciuchcie, koniki, kwiatki, gwiazdeczki i serduszka a ja walczyłam z piekarnikiem, wałkiem i stolnicą. I wiecie co?? Całkiem mi było komfortowo w tej mało wdzięcznej roli kury domowej. Chyba powinnam była urodzić się ze sto lat temu. Przed techniką. Siedzieć przy kominku, haftować, grać na lutni (aliboż innym wynalazku muzycznym), jeździć na konne przejażdżki itd, itp… no cóż. Jestem gdzie jestem. Przyjmując swoją rzeczywistość, przyjmuję Boży plan wobec mnie. Amen.
Maraton
Przeżyłam maraton wspólnotowo-kościołowy i chyba przedawkowałam. Jestem ledwie żywa, niewyspana, mam katar, nie rozumiem co pisze do mnie mój komputer na mojej stronie sklepowej i łzawią mi oczy. Ale zadowolona jestem bo zaczęłam wyraźnie dostrzegać zjawisko, które tylko podejrzewałam o istnienie. I choć zjawisko samo w sobie jest mocno przygnębiające i jak najbardziej kwalifikujące się do natychmiastowej pomocy modlitewnej, to cieszę się, że teraz mam to czarno na białym. Widać, słychać i czuć. A poza tym odkryłam, że mam jeszcze osiem dni urlopu i właśnie kombinuję, jakby je sobie rozplanować, nie wywracając życia firmy do góry nogami. Nikt nie jest niezastąpiony, jednak czasem nieobecności bywają organizacyjną rozwałką totalną.
Motylątko śpi słodko. Lubię patrzeć na śpiącego pysiaczka. Napełnia mnie to radością wdzięcznością i pokojem. Tym wszystkim, z czym Pan chce do nas przychodzić, a my nie dostrzegamy tego w nawale “ciekawszych” zajęć. Wczoraj wieczorem Motylątko odmawiało wieczorną modlitwę. Dziękując Panu za dzień, mówi tak: I dziękuję Ci Panie Boże, że zepsuł się nam tylko jeden telewizor i mogłem obejrzeć dobranockę. I skąd u pysiaków małych tyle teologicznej mądrości??
Bose stopy
Bose stopy potuptały po schodach. Motylątko zgarnęło z naszego łóżka swoją przytulankę i powędrowało z powrotem na piętro, fochnięte, że znów siedziałam z nosem w kompie i wycinałam zdjęcia, zamiast bawić się samochodzikami. No cóż, rację ma motylątko, że się focha. Ale ktoś musi zrobić to co jest do zrobienia. Gniotek dziś o pracy, to ja pociągnę temat po swojemu. Problem w tym, żeby nie dać się zarobić na niewolnika własnej pracy. Bo to prawda – wykorzystuj talenty, którymi zostałeś obdarzony. Nie zakopuj ich na później. Po to je masz, żeby nimi służyć. Ale kiedy zaczynają być Twoim sensem, poczuciem wyższości na innymi i pragnieniem pomnażanie fizycznego bogactwa, materializmem, celem samym w sobie to znaczy, że zboczyłeś z drogi i przestałeś być wolnym. Wolność jest trudna. Prawdziwa wolność to umiejętność przyjęcia z wdzięcznością bogactwa wypracowanego dzięki własnym zdolnościom ale jednocześnie umiejętność rozstania się z nim z taką samą wdzięcznością, bez rwania włosów z głowy i wrażenia końca świata. Dziękowanie za bose stopy ![]()
Dlatego na dzisiaj koniec dłubania, wpisywania, wycinania, klejenia, wstawiania i dodawania. Jeszcze tylko jeden mail. I jeszcze tylko pozmywam gary.
Rozkminianie
Określenie używane z dość dużą częstotliwością przez młodzież w wieku różnistym bardzo precyzyjnie oddaje sens tego czym ostatnio się zajmuję. Właściwie sprawia mi to przyjemność, ale ciężar odpowiedzialności, który czuję na plecach niemal na każdym kroku, nie pozwala mi się rozpłynąć w błogostanie spełnienia. No bo nigdy nie zajmowałam się stronką całokształtnie. Czasem tylko jakieś tam drobiazgi dłubałam na na zasadzie małpy – napisali schemacik i według niego działałam. Teraz nikt nie pisze schemacików. Teraz sama muszę zrobić wszystko. Pojęcie mam licząc w skali od 1 do 10 cuuś tak kole1,5. A sprawdzać mnie będzie nasza brutalna rzeczywistość – albo mi wyjdzie to co robię i sklep motyla zadziała albo umrze śmiercią naturalną w czeluściach sieci a nam znów się namnoży trudności. Jak to powiedział jeden mądry paulin, “pieniądze frędzelków nie mają i czasem trudno związać koniec z końcem”.
Ale na razie rozkminiam. Przede wszystkim działanie mechanizmu. Oprócz tego walczę z Gimpem, który jest dla mnie jedną wielką niewiadomą. No i cały ten ogrom konkurencji – niestety nie na plecach tylko przed nosem i to w dużej odległości. No więc kolejna zagwozdka – pozycjonowanie. Niby trochę o tym wiem, bo staram się czytać co mądrzejsi ode mnie piszą na temat – ale od czytania nikt nie stał się fachowcem. Tu trzeba praktyki a tej właściwie zero. No, może 0,5. I jeszcze presja rodzinno-przyjacielska. Wszyscy oglądają i dają dobre rady. To trzeba tak a tamto inaczej. Wrrr. Żeby nie było niedomówień – wdzięczna jestem za uwagi i spostrzeżenia, ale na litość, jeśli ktoś kto nigdy nie słyszał słowa “pozycjonowanie”, tłumaczy mi jak mam to robić, to się mi nóż w kieszeniach otwiera. I to we wszystkich w które jestem wyposażona.
No dobra, się pożaliłam.
A najbardziej lubię wprowadzać na stronę nowe produkty. I je przygotowywać. Robić zdjęcia i je obrabiać. Podoba mi się to niesamowicie.