Sobota i pół niedzieli w Magdalence w Wieczerniku
Miejsce wyjątkowe, takie do którego wraca się za każdym razem jak do domu rodzinnego. Zaczęłam szkołę animatora. I czułam się tak właśnie:

Archiwum kategorii: Bóg, modlitwa, chrześcijański

Od jakiegoś czasu jest we mnie przepełniające do granic, pulsujące dziękczynienie. I skarby odkrywam w swojej codzienności, w jej szaroburej niby monotonii bez fajerwerków światowego blichtru. Znalezione skarby lśnią coraz jaśniej, płomień zaczynają niemal przypominać, żywy ogień, drgający, migoczący, ale przede wszystkim dający poczucie domowego ciepła i bezpieczeństwa. Gdzieś daleko odzywa się czasem tęsknota za dzieciństwem. Tam daleko, we wspomnieniach, znajduję to samo uczucie.. Myślę, nadzieję mam taką, że to Boży Pokój ogarnia moje serce. Niezauważalne dla człowieka, delikatne muśnięcia Bożej Miłości zalewają duszę błogością i pragnieniem uwielbienia. To Ona – MIŁOŚĆ, pozwala dostrzegać cuda w miejscach, ludziach i sytuacjach, które pozornie zdają się błahe, nieistotne lub zbyt trudne, by je zaakceptować. Tylko “odgórna” pomoc może nam dać siłę i moc. Mam wrażenie, że to ona właśnie przesiąka przez szczeliny w głazach i kamieniach mojego serca.
Nie umiem dziękować Ci Panie
bo małe są moje słowa.
Zechciej przyjąć moje milczenie
i naucz mnie życiem dziękować
Chwile…
Są takie chwile, które pojawiają się całkiem niespodziewanie. Albo inaczej.. Całkiem niespodziewanie się przeobrażają, nabierają niespodziewanych kształtów i zaczynają wzbudzać zachwyt, taki niewysłowiony, niewypowiedziany, bo nie sposób go wyrazić żadnym zwykłym, ludzkim określeniem. Tak rodzi się uwielbienie, bo przecież tylko Jemu zawdzięczamy te chwile właśnie.
Wczorajsza próba. Niespodziewanie obrodziła muzycznie. Wyciągnięta z lamusa piosenka zrobiła furorę i przerodziła się w zachwyt i modlitwę w językach i nagle nuty przestały być wrogiem a stały się radością wielbienia a współbrzmienie głosów, skrzypiec i gitary było chórem niebiańskim niemalże. I ręce, które same wzniosły się w górę, wyciągnięte do Niego, tylko dlatego, że jest.
Amen.
Maraton
Przeżyłam maraton wspólnotowo-kościołowy i chyba przedawkowałam. Jestem ledwie żywa, niewyspana, mam katar, nie rozumiem co pisze do mnie mój komputer na mojej stronie sklepowej i łzawią mi oczy. Ale zadowolona jestem bo zaczęłam wyraźnie dostrzegać zjawisko, które tylko podejrzewałam o istnienie. I choć zjawisko samo w sobie jest mocno przygnębiające i jak najbardziej kwalifikujące się do natychmiastowej pomocy modlitewnej, to cieszę się, że teraz mam to czarno na białym. Widać, słychać i czuć. A poza tym odkryłam, że mam jeszcze osiem dni urlopu i właśnie kombinuję, jakby je sobie rozplanować, nie wywracając życia firmy do góry nogami. Nikt nie jest niezastąpiony, jednak czasem nieobecności bywają organizacyjną rozwałką totalną.
Motylątko śpi słodko. Lubię patrzeć na śpiącego pysiaczka. Napełnia mnie to radością wdzięcznością i pokojem. Tym wszystkim, z czym Pan chce do nas przychodzić, a my nie dostrzegamy tego w nawale “ciekawszych” zajęć. Wczoraj wieczorem Motylątko odmawiało wieczorną modlitwę. Dziękując Panu za dzień, mówi tak: I dziękuję Ci Panie Boże, że zepsuł się nam tylko jeden telewizor i mogłem obejrzeć dobranockę. I skąd u pysiaków małych tyle teologicznej mądrości??
Czemu??
Nie było mnie długo no bo… No bo właśnie nie mam ani czasu ani nastroju. Czasu nie mam bo byłam w środku czegoś tak wielkiego, ze trudno opisać mi całokształt, który niepojęty jest, bo z Ducha wypływa a Duchy wieje, kędy chce. Wylanie, Chrzest w Duchu Świętym – wielkie wydarzenie REO, moje pierwsze “wypasione baranki” REO-we córeczki, osiem godzin grania na gitarze, zdarte gardło na olbrzymiej sali be nagłośnienia, i radość serca w ciele zmęczonym fizycznym ograniczeniem wieku i ludzkich możliwości. Ale przecież trud owocny, tak trzeba, nieść Go, tłumaczyć i pokazywać sens Miłości. I wyobraźcie sobie, że samym centrum niepojętych wydarzeń, bożych dotknięć, wzruszeń, łez i radości zaczyna mnie otaczać ciemność ludzkiej zazdrości – siostrzanej zawiści, nieposkromionej pychy, pragnienia bycia lepszym. Fala śmierdzącego błotka podąża do mnie od osoby bliskiej na tyle, że sprawia mi ból i nie jest obojętna. Znajoma twarz wykrzywiona grymasem zawiści i złośliwości – a fuj. To prawda, że twarze mówią za nas. Ona nie potrzebuje wydawać z siebie żadnych dźwięków (chociaż o zgrozo wydaje je z siebie z taką częstotliwością, że aż powala), żeby można było dostrzec w niej obrzydliwość zazdrości. I nie umiem sobie wyjaśnić, jak po takiej ilości rekolekcji ktoś nie rozpoznaje w sobie ciemności i nie stara się z nią nic zrobić. A ciemność rozlewa się wokół i zatruwa swoim syfem najbliższe na razie okolice. Więc jak to jest?? więc czemu??
Po Świętach?
Triduum Paschalne to czas szczególny. Czas przygotowania na spotkanie. Świetnie mi się komponuje sprzątanie domu, mycie okien i generalne porządki w domu z przygotowaniami muzycznymi scholi. Czekanie na Wielkie Święto jest takie piękne. A potem chwile dziękczynienia za Eucharystię, zaduma nad Grobem i wreszcie radość z wyśpiewanego ALLELUJA przy wyjątkowo niesamowicie brzmiących organach. A potem same Święta – rodzina spotkana po długim “niewidzeniu” i beztroskie nieróbstwo przy zastawionym stole. I najtrudniejsze – powrót do pracy po tygodniowym urlopie. Ale radość Zmartwychwstania nie zgasła, podnosi na duchu, napełnia, pozwala z uśmiechem przyjąć tak wiele spraw, które wydają się być nie do przyjęcia. No bo jak zrozumieć kogoś, kto po całej masie przeżyć formacyjnych nie radzi sobie z zazdrością i nie potrafi się do tego przyznać, tylko mi wmawia banialuki? Jak z uśmiechem przyjąć kogoś, kto podkopuje autorytet prowadzącego, bo uważa się za najmądrzejszą kobietę świata? Tylko fakt, że Pan trzyma mnie za rękę hamuje moją wściekłość. Bo ja też ułomna straszliwie jestem, mimo rekolekcji, wysłuchanych katechez itd itp. I nie umiem poradzić sobie z moją ciemną stroną. Zmartwychwstały daje mi nadzieję. Pozwala się uciszyć i ucieszyć. Podnieś mnie Jezu i prowadź do Ojca
Trzy w jednym
Nie mam pojęcia jak rozciągnąć czas. Od kilku dni gonię jak nieprzytomna.
We czwartek byliśmy z motylkiem oglądać jego wymarzone liceum. Tłum dzieciaków. Tłum rodziców. A w samym środku szczęśliwcy, którym udało się przebrnąć rok temu przez rekrutacyjne zasieki i teraz lansują się przed gimnazjalistami w “służbowych” koszulkach szkoły. Zastanawiam się jak wyważyć punkt ciężkości pomiędzy rozwijaniem uzdolnień i równania “do góry” a wychowaniem szczura. Chciałabym, żeby mój syn był rozsądny i mądry i w pełni wykorzystał dary, które dostał. Ale pełna obaw jestem. Bo tak niewielka jest odległość, między manieryzmem a indywidualnością, między wyścigiem szczurów a zdrowa rywalizacją. Patrzyłam na licealne dzieciaki, noszące się z zamierzoną nonszalancją, która z pewnością stanowiła element “wystroju” tej szkoły i myślałam sobie, że niewiele mogę zrobić. Nawet jeśli na uszach stanę, to motylek musi sam dojrzeć do niektórych rzeczy, a zmuszanie go do podejmowania decyzji, z którymi nie będzie się zgadzał, zrodzi w nim bunt, który też może przynieść opłakane rezultaty. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko tłumaczyć zagrożenia, przemawiać do rozsądku i ufać w ten jego młodziutki jeszcze ale do tej pory nieźle działający, rozsądek. A potem złożyć w ręce Pana całokształt zagadnienia.
Piątek -Droga Krzyżowa po mieście. Płomienie świec migoczące na wietrze. Słowa JPII z listu do rodzin. I ludzie zatrzymujący się na widok tłumu podążającego za Krzyżem. Wtedy tez tak przystawali. Patrzyli. Nie mieli śmiałości a może ochoty przyłączyć się do pochodu. Nie chcieli patrzeć na Krzyż. Nie chcieli myśleć o tym co się wydarzy. Udawali, że ich to nie dotyczy. Dziś też stoją obojętnie. Czasem szydzą. Wydaje im się, że tak jest łatwiej. Bo nie chcą widzieć wyciągniętych do nich ramion. Nie chcą poczuć dotyków Miłości. Bo radykalizm wiary jest zbyt wymagający. “Panie przebacz im, bo nie wiedzą co czynią”.
Dziś – piękne wiosenne słońce i porażająca migrena. Tak widocznie ma być, może po to, żebym zwolniła, a może z zupełnie innych powodów. Nie mam pojęcia i dociekać już przestałam, dlaczego migrena przychodzi zawsze wtedy, kiedy najbardziej jej nie chcę. Motyl był dzielny i wcale na mnie nie warczał, a ja przemogłam światłowstręt i efektem jest pograbiony i posprzątany ogródek, odmalowana drewniana piaskownica motylątka. Na tarasie (wiem, że to za wielkie słowo, ale miło pomyśleć, że się ma taras;)) pozamiatane, na siedziskach czyste koce i poduszki. Motylówna stanęła na wysokości zadania i ugotowała rewelacyjną pomidorówkę. Motylek odkurzył chałupę, a motylątko szalało po powietrzu, wyciągając z zakamarków swoje ogródkowe zabawki. Już wykorzystałam owoce naszej pracy – osobista modlitwa na tarasowym fotelu, w wieczornej ciszy zachodzącego słońca, przy zapachu wilgotnej ziemi ogrodu jest dla mnie jednym wielkim dziękczynieniem za cud stworzenia.

"Jak dobrze jest dziękować Ci Panie" - Ps. 92
Zaczynam zasypiać. Praca fizyczna połączona z koszmarnym bólem głowy daje do wiwatu.