Archiwa miesięczne: Październik 2011

Narażam się

Narażam się

Dziś z pełną świadomością tego co robię, narażam się wszystkim feministkom jak leci. Otóż w związku z odejściem w niebyt mojego dotychczasowego miejsca pracy, przebywam chwilowo na tak zwanym “bezrobotnym”. Mój przyszły nowy dogadany szef remontuje moje przyszłe dogadane miejsce pracy a ja siedzę w domu robiąc za kurę domową. I o tym właśnie dzisiaj.
Otóż nie ma nic dla mnie piękniejszego niż takie właśnie zajęcie. I nic nie widzę w tym upadlająco – uwsteczniającego. Owszem napracować się trzeba fizycznie. Ale dom posprzątany jak trzeba. Pranie się nie wala. Mąż, dzieci i koty nakarmione na czas ugotowanym porządnie obiadem. Zakupy zrobione. W piecu napalone.
Już słyszę głosy wszystkich “biznesłomenów” wyemacypowanych. Że przecież to może zrobić pomoc domowa, lekcje z dziećmi odrobi niania albo pani na świetlicy, a koty to najmniejszy problem bo w ogóle ich nie powinno być bo brudzą. A mąż zje lunch na mieście na kolejnym biznesowym spotkaniu. No bo jak to – siedzieć w domu i w piecu palić. paznokcie się łamią a umysł się nie rozwija całość ulega uwstecznieniu.
A ja się nie uważam za uwstecznioną. Mam mnóstwo rzeczy, które mogę robić i które sprawiają mi radość i powodują, że rozwijam się w różnych kierunkach – szczególnie w tym najważniejszym – w głąb. A spokój jaki zaległ w mojej duszy przez te kilka dni, daje mi więcej pewności siebie niż najlepsze stanowisko w super korporacji. Bo powołaniem moim jest rodzina. I tak chcę żeby było.
Praca sama w sobie stanowi dobro i została nam zadana przez Pana. Ale stopień skażenia grzechem ludzkich relacji w wielu miejscach pracy powoduję, że trudno znaleźć taką, która będzie dawała czystą radość. Owszem to doskonały teren do przekraczania siebie. Do tego, żeby dawać rodzinie swoją miłość, poprzez wykonywanie dla niej pracy zawodowej. I tak się staram do tego podchodzić, bo warunki materialne zmuszają mnie do podjęcia pracy zawodowej. Niemniej jednak, moje miejsce jest tu w domu. I jeśli mogłabym wybierać, to tak właśnie byłoby. A mój rozwój osobisty, zainteresowania, pasje, mogę rozwijać poza pracą zawodową (notabene jeszcze nie miałam pracy, która stałaby się moją pasją, a pracuję od…. ładnych paru lat).
No dobra. To możecie mnie teraz pobić. Mam to gdzieś. Chcę być kurą domową.

Poskramianie złośnika

Poskramianie złośnika

Ciąg dalszy przystosowywania Motylątka do życia w uładzonej społeczności szkoły podstawowej jest zdecydowanie bardziej skomplikowany niż się spodziewałam. No cóż, miałam świadomość tego, że Motylątko różni się zdecydowanie temperamentem od starszego rodzeństwa. Miałam jednak również nadzieję, że te różnice uda się nieco zniwelować wychowaniem (o ja naiwna!) pełnym ciepła i miłości. Najwyraźniej jednak moje wychowawcze starania były bardzo miernej jakości, jako że Motylątko zamienia się w szkole w prawdziwego, “dzikiego koczkodana” (cytat za Babcią Motylątka). Powoduje to dalsze rodzinne komplikacje, ponieważ wprowadzenie ostrych restrykcji telewizyjnych i komputerowych wobec najmłodszego, odbija się w domu szerokim echem ogólnego protestu. Jednakże ponieważ jestem rasową matką troszczącą się o swoje nawet krnąbrne dziecię, pragnę zwiększyć szanse Motylątka na przetrwanie w normalnej szkole i metodą sankcji karnych uzyskać efekt grzecznego chłopca.
W całym tym szkolnym zamieszaniu nadziei trochę wniosła w moje serce pani Agata Puścikowska artykułem Z Jasia – Jan. Nie Małgosia.. Może zachowania mojego syna nie są aż tak bardzo odbiegające od normy. Może uda mi się przystosować do normalnego funkcjonowania obrażalskie, nadpobudliwe dziecko, które ma problemy z kontrolowaniem swoich emocji. Oby.

“Ludzie ludziom zgotowali ten los”

“Ludzie ludziom zgotowali ten los”

Dawno, dawno temu, kiedy zaczynałam pierwszą klasę, do szkoły chodziło się również w soboty. Ponieważ nie znaliśmy innego sposobu funkcjonowania, ten przyjęliśmy (my dzieci z 1b)za jedyny naturalnie słuszny. Ale czasy zaczynały być wówczas “ciekawe” i naród zapatrzony w zachodnie wzory funkcjonowania społeczeństw wywalczył sobie prawo do wolnych sobót. Jakież to było wspaniałe, kiedy nagle dostaliśmy w prezencie dwa dni wolnego zamiast jeden krótkiej niedzieli. Sądzę, ze podobnie myśleli wszyscy pracujący, którzy dostali możliwość dłuższego wypoczynku i przebywania z rodzinami. W sobotę rano, biegało się na targ po większe zakupy, a w osiedlowym sklepiku kupowało się mleko i chleb. Potem panie domów zajmowały się gotowaniem obiadów, a życie w mieście powoli zamierało. Zamykały się sklepiki, zwijały się stragany na targowisku. Cisza, spokój. Dzieciaki wylegały na siermiężne place zabaw między blokami. Wieczorem oglądały dobranockę (wieczorynki były tylko w niedziele. Starsze czekały na sobotni zachodni film na “jedynce” jak na największą atrakcję wieczoru. W niedziele rano naród wędrował na mszę, potem na spacer do parku albo pobliskiego lasu. W południe ruch zamierał bo wszyscy zasiadali do rodzinnych obiadów i popołudniowych programów telewizyjnych – “w starym kinie”, “wielka gra” itp, itd. Wieczorem obowiązkowo polski serial – “Noce i dnie” albo “Rodzina Połanieckich”. Wolna sobota była wolną sobotą a niedziela niedzielą – dniami odpoczynku.
Dziś trudno znaleźć takie miejsce pracy, które gwarantuje wolne weekendy. Zastanawiam się po co pokolenie moich rodziców walczyło o dodatkowy dzień odpoczynku, skoro pokolenie ich dzieci skutecznie zaprzepaściło wywalczony przywilej. Wyrzuciło go do kosza na śmieci za mocno dyskusyjne zyski wynikające z dodatkowych dni pracy. Nikt nie liczy kosztów – przepracowania, zanikania więzów rodzinnych (jak matka ma zrobić rodzinny obiad, kiedy pracuje w markecie do 18.00??)depresji, samobójstw. Ludzki organizm został stworzony tak, że wymaga odpoczynku. Inaczej przestaje funkcjonować. Człowiek potrzebuje przebywania razem z najbliższymi bo inaczej najbliżsi przestają być najbliżsi, a rodzina rozsypuje się na jednostki.
Jak to się stało, że sami zrezygnowaliśmy z tego, co jest nam niezbędne do prawidłowego funkcjonowania?? Dlaczego w ofertach pracy wymaga się od ludzi pełnej dyspozycyjności? Praca nie może być sensem życia człowieka. Może być tylko elementem powołania i pełnienia bożej woli przemiany świata. Nie można mieszkać w firmie. Mieszka się w domu z rodziną. Rodzina jest rodziną, bo łączą nas z nią więzy miłości, wspólnych zainteresowań, przebywania w swojej obecności. Nie można stawiać człowieka przed wyborem – albo jesteś cały dla firmy, albo umierasz z głodu.
Patrzę na to i niedobrze mi się robi. Patrzę na to przerażona. I przychodzi mi do głowy cytat z Nałkowskiej “Ludzie ludziom zgotowali ten los”

Motylątko z IB

Motylątko z IB

Motylątko moje (najmłodsze z rodu) rozpoczęło w tym roku frapującą przygodę, jaką jest spotkanie z edukacją w wydaniu cudownego polskiego ministerstwa z fantastycznymi mrzonkami w roli zamiarów i w siermiężnej polskiej rzeczywistości jaką są nasze realia dnia codziennego naszym kraju. Nie mam zamiaru się wdawać w rozważania “czy sześciolatki powinny czy nie”. Na moje i Motylątka szczęście Motylątko jest z rocznika, który miał wybór, więc poszło do szkoły jako siedmiolatek i Bogu niech będą za to dzięki. “Bo ponieważ…” dziecko moje kochane po trzech tygodniach znęcania się nad Panią (notabene przemiła i przecierpliwa kobieta) stwierdziło, że właściwie to ono się już nachodziło do tej szkoły, trzy tygodnie to wystarczająco długo słuchania o tych nudnych rzeczach. Na moje nieśmiałe pytanie, czemu się tak nudzi w szkole, syn mój najmłodszy odpowiedział rezolutnie “A czy ty wiesz, że tam trzeba siedzieć spokojnie w ławce?!! I jeszcze na dokładkę Pani cały czas mówi o tej nauce zamiast się bawić?!! I każe pisać literki?!! I nie pozwala rozmawiać z kolegami?!!”
W ostatni czwartek przeżyłam pierwsze klasowe zebranie. Nic w tym dziwnego, przeżywałam już niejedno w niejednej szkole. Siedziałam sobie spokojnie, wylądowałam akurat “twarzą w twarz” z Panią, chcąc – nie chcąc widziałam jej notatki rozłożone na stoliku. Całość składała się z ogromnej ilości punktów do omówienia i przeczytania (następna mądrość ministerstwa, kuratoriów itp – czytanie miliona stron bzdurnych przepisów, których i tak nikt nie pamięta na bieżąco). Na samym końcu listy dojrzałam punkt, który mnie zaintrygował i nieco jednak zaniepokoił: wołami wypisane imię Motylątka. No cóż, faktem jest, że najmłodszy różni się zdecydowanie temperamentem od starszej dwójki i że bieganie dookoła ławki w trakcie lekcji, śpiewanie i zabawa w mumie, nie są skrajnie niebezpiecznymi zabawami dla Motylątka. Rozumiem jednak, że z punktu widzenia Pani może to wyglądać nieco inaczej.
Wysłuchałam pilnie całego programu nauczania przewidzianego dla klasy pierwszej szkoły podstawowej. Patrząc na Motylątko w pierwszych dniach szkoły i ambitne zamierzenia planu nauczania wnioski mam następujące:
1. na naukowca Motylątko się nie zapowiada
2. co najmniej dwa z punktów wymienionych w planie nauczania mój syn osiągnął już w tej chwili: – umiejętność budowania szałasów i wyścigi na wytrzymałość :)