Cały weekend, ba, cały weekend i tydzień następujący po tymże weekendzie zaplanowałam sobie ze szczegółami. Na tyle dokładnie, że praktycznie nie było miejsca na żadne dodatkowe ruchy.
piątek – próba przed niedzielą ewangelizacyjną (zaczynamy REO u sąsiadów
)
sobota – szybkie sprzątanie, wieczorem wizja lokalna przed niedzielą
niedziela – cały dzień w Grodzisku
poniedziałek – praca, praca, praca (całe mnóstwo spraw związanych z likwidacją mojej firmy)
wtorek – jak poniedziałek + wieczorne spotkanie wspólnoty
środa – praca, praca, praca
czwartek – praca, praca, praca+ pieczenie ciastek na Filipa+dentysta Motylka
no i tak dalej, i tak dalej….
Tymczasem… trzy dni temu dostałam gorączki, padłam jak mucha ze schorzeniem, które praktycznie nie powinno się mi przytrafić bo mijam się z grupą ryzyka na odległość 100 kilometrów. Zamiast posługiwać, zamykać firmę i biegać jak “kot z pęcherzem” leżę w łóżku. Boli mnie wszystko co może boleć a nawet to, o czym sądziłam, że boleć nie może. No cóż, jest takie piękne i mądre bardzo powiedzenie:
Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.