Dziś z pełną świadomością tego co robię, narażam się wszystkim feministkom jak leci. Otóż w związku z odejściem w niebyt mojego dotychczasowego miejsca pracy, przebywam chwilowo na tak zwanym „bezrobotnym”. Mój przyszły nowy dogadany szef remontuje moje przyszłe dogadane miejsce pracy a ja siedzę w domu robiąc za kurę domową. I o tym właśnie dzisiaj.
Otóż nie ma nic dla mnie piękniejszego niż takie właśnie zajęcie. I nic nie widzę w tym upadlająco – uwsteczniającego. Owszem napracować się trzeba fizycznie. Ale dom posprzątany jak trzeba. Pranie się nie wala. Mąż, dzieci i koty nakarmione na czas ugotowanym porządnie obiadem. Zakupy zrobione. W piecu napalone.
Już słyszę głosy wszystkich „biznesłomenów” wyemacypowanych. Że przecież to może zrobić pomoc domowa, lekcje z dziećmi odrobi niania albo pani na świetlicy, a koty to najmniejszy problem bo w ogóle ich nie powinno być bo brudzą. A mąż zje lunch na mieście na kolejnym biznesowym spotkaniu. No bo jak to – siedzieć w domu i w piecu palić. paznokcie się łamią a umysł się nie rozwija całość ulega uwstecznieniu.
A ja się nie uważam za uwstecznioną. Mam mnóstwo rzeczy, które mogę robić i które sprawiają mi radość i powodują, że rozwijam się w różnych kierunkach – szczególnie w tym najważniejszym – w głąb. A spokój jaki zaległ w mojej duszy przez te kilka dni, daje mi więcej pewności siebie niż najlepsze stanowisko w super korporacji. Bo powołaniem moim jest rodzina. I tak chcę żeby było.
Praca sama w sobie stanowi dobro i została nam zadana przez Pana. Ale stopień skażenia grzechem ludzkich relacji w wielu miejscach pracy powoduję, że trudno znaleźć taką, która będzie dawała czystą radość. Owszem to doskonały teren do przekraczania siebie. Do tego, żeby dawać rodzinie swoją miłość, poprzez wykonywanie dla niej pracy zawodowej. I tak się staram do tego podchodzić, bo warunki materialne zmuszają mnie do podjęcia pracy zawodowej. Niemniej jednak, moje miejsce jest tu w domu. I jeśli mogłabym wybierać, to tak właśnie byłoby. A mój rozwój osobisty, zainteresowania, pasje, mogę rozwijać poza pracą zawodową (notabene jeszcze nie miałam pracy, która stałaby się moją pasją, a pracuję od…. ładnych paru lat).
No dobra. To możecie mnie teraz pobić. Mam to gdzieś. Chcę być kurą domową.
Poskramianie złośnika
Ciąg dalszy przystosowywania Motylątka do życia w uładzonej społeczności szkoły podstawowej jest zdecydowanie bardziej skomplikowany niż się spodziewałam. No cóż, miałam świadomość tego, że Motylątko różni się zdecydowanie temperamentem od starszego rodzeństwa. Miałam jednak również nadzieję, że te różnice uda się nieco zniwelować wychowaniem (o ja naiwna!) pełnym ciepła i miłości. Najwyraźniej jednak moje wychowawcze starania były bardzo miernej jakości, jako że Motylątko zamienia się w szkole w prawdziwego, „dzikiego koczkodana” (cytat za Babcią Motylątka). Powoduje to dalsze rodzinne komplikacje, ponieważ wprowadzenie ostrych restrykcji telewizyjnych i komputerowych wobec najmłodszego, odbija się w domu szerokim echem ogólnego protestu. Jednakże ponieważ jestem rasową matką troszczącą się o swoje nawet krnąbrne dziecię, pragnę zwiększyć szanse Motylątka na przetrwanie w normalnej szkole i metodą sankcji karnych uzyskać efekt grzecznego chłopca.
W całym tym szkolnym zamieszaniu nadziei trochę wniosła w moje serce pani Agata Puścikowska artykułem Z Jasia – Jan. Nie Małgosia.. Może zachowania mojego syna nie są aż tak bardzo odbiegające od normy. Może uda mi się przystosować do normalnego funkcjonowania obrażalskie, nadpobudliwe dziecko, które ma problemy z kontrolowaniem swoich emocji. Oby.
„Ludzie ludziom zgotowali ten los”
Dawno, dawno temu, kiedy zaczynałam pierwszą klasę, do szkoły chodziło się również w soboty. Ponieważ nie znaliśmy innego sposobu funkcjonowania, ten przyjęliśmy (my dzieci z 1b)za jedyny naturalnie słuszny. Ale czasy zaczynały być wówczas „ciekawe” i naród zapatrzony w zachodnie wzory funkcjonowania społeczeństw wywalczył sobie prawo do wolnych sobót. Jakież to było wspaniałe, kiedy nagle dostaliśmy w prezencie dwa dni wolnego zamiast jeden krótkiej niedzieli. Sądzę, ze podobnie myśleli wszyscy pracujący, którzy dostali możliwość dłuższego wypoczynku i przebywania z rodzinami. W sobotę rano, biegało się na targ po większe zakupy, a w osiedlowym sklepiku kupowało się mleko i chleb. Potem panie domów zajmowały się gotowaniem obiadów, a życie w mieście powoli zamierało. Zamykały się sklepiki, zwijały się stragany na targowisku. Cisza, spokój. Dzieciaki wylegały na siermiężne place zabaw między blokami. Wieczorem oglądały dobranockę (wieczorynki były tylko w niedziele. Starsze czekały na sobotni zachodni film na „jedynce” jak na największą atrakcję wieczoru. W niedziele rano naród wędrował na mszę, potem na spacer do parku albo pobliskiego lasu. W południe ruch zamierał bo wszyscy zasiadali do rodzinnych obiadów i popołudniowych programów telewizyjnych – „w starym kinie”, „wielka gra” itp, itd. Wieczorem obowiązkowo polski serial – „Noce i dnie” albo „Rodzina Połanieckich”. Wolna sobota była wolną sobotą a niedziela niedzielą – dniami odpoczynku.
Dziś trudno znaleźć takie miejsce pracy, które gwarantuje wolne weekendy. Zastanawiam się po co pokolenie moich rodziców walczyło o dodatkowy dzień odpoczynku, skoro pokolenie ich dzieci skutecznie zaprzepaściło wywalczony przywilej. Wyrzuciło go do kosza na śmieci za mocno dyskusyjne zyski wynikające z dodatkowych dni pracy. Nikt nie liczy kosztów – przepracowania, zanikania więzów rodzinnych (jak matka ma zrobić rodzinny obiad, kiedy pracuje w markecie do 18.00??)depresji, samobójstw. Ludzki organizm został stworzony tak, że wymaga odpoczynku. Inaczej przestaje funkcjonować. Człowiek potrzebuje przebywania razem z najbliższymi bo inaczej najbliżsi przestają być najbliżsi, a rodzina rozsypuje się na jednostki.
Jak to się stało, że sami zrezygnowaliśmy z tego, co jest nam niezbędne do prawidłowego funkcjonowania?? Dlaczego w ofertach pracy wymaga się od ludzi pełnej dyspozycyjności? Praca nie może być sensem życia człowieka. Może być tylko elementem powołania i pełnienia bożej woli przemiany świata. Nie można mieszkać w firmie. Mieszka się w domu z rodziną. Rodzina jest rodziną, bo łączą nas z nią więzy miłości, wspólnych zainteresowań, przebywania w swojej obecności. Nie można stawiać człowieka przed wyborem – albo jesteś cały dla firmy, albo umierasz z głodu.
Patrzę na to i niedobrze mi się robi. Patrzę na to przerażona. I przychodzi mi do głowy cytat z Nałkowskiej „Ludzie ludziom zgotowali ten los”
Motylątko z IB
Motylątko moje (najmłodsze z rodu) rozpoczęło w tym roku frapującą przygodę, jaką jest spotkanie z edukacją w wydaniu cudownego polskiego ministerstwa z fantastycznymi mrzonkami w roli zamiarów i w siermiężnej polskiej rzeczywistości jaką są nasze realia dnia codziennego naszym kraju. Nie mam zamiaru się wdawać w rozważania „czy sześciolatki powinny czy nie”. Na moje i Motylątka szczęście Motylątko jest z rocznika, który miał wybór, więc poszło do szkoły jako siedmiolatek i Bogu niech będą za to dzięki. „Bo ponieważ…” dziecko moje kochane po trzech tygodniach znęcania się nad Panią (notabene przemiła i przecierpliwa kobieta) stwierdziło, że właściwie to ono się już nachodziło do tej szkoły, trzy tygodnie to wystarczająco długo słuchania o tych nudnych rzeczach. Na moje nieśmiałe pytanie, czemu się tak nudzi w szkole, syn mój najmłodszy odpowiedział rezolutnie „A czy ty wiesz, że tam trzeba siedzieć spokojnie w ławce?!! I jeszcze na dokładkę Pani cały czas mówi o tej nauce zamiast się bawić?!! I każe pisać literki?!! I nie pozwala rozmawiać z kolegami?!!”
W ostatni czwartek przeżyłam pierwsze klasowe zebranie. Nic w tym dziwnego, przeżywałam już niejedno w niejednej szkole. Siedziałam sobie spokojnie, wylądowałam akurat „twarzą w twarz” z Panią, chcąc – nie chcąc widziałam jej notatki rozłożone na stoliku. Całość składała się z ogromnej ilości punktów do omówienia i przeczytania (następna mądrość ministerstwa, kuratoriów itp – czytanie miliona stron bzdurnych przepisów, których i tak nikt nie pamięta na bieżąco). Na samym końcu listy dojrzałam punkt, który mnie zaintrygował i nieco jednak zaniepokoił: wołami wypisane imię Motylątka. No cóż, faktem jest, że najmłodszy różni się zdecydowanie temperamentem od starszej dwójki i że bieganie dookoła ławki w trakcie lekcji, śpiewanie i zabawa w mumie, nie są skrajnie niebezpiecznymi zabawami dla Motylątka. Rozumiem jednak, że z punktu widzenia Pani może to wyglądać nieco inaczej.
Wysłuchałam pilnie całego programu nauczania przewidzianego dla klasy pierwszej szkoły podstawowej. Patrząc na Motylątko w pierwszych dniach szkoły i ambitne zamierzenia planu nauczania wnioski mam następujące:
1. na naukowca Motylątko się nie zapowiada
2. co najmniej dwa z punktów wymienionych w planie nauczania mój syn osiągnął już w tej chwili: – umiejętność budowania szałasów i wyścigi na wytrzymałość
Lekcja pokory
Cały weekend, ba, cały weekend i tydzień następujący po tymże weekendzie zaplanowałam sobie ze szczegółami. Na tyle dokładnie, że praktycznie nie było miejsca na żadne dodatkowe ruchy.
piątek – próba przed niedzielą ewangelizacyjną (zaczynamy REO u sąsiadów
)
sobota – szybkie sprzątanie, wieczorem wizja lokalna przed niedzielą
niedziela – cały dzień w Grodzisku
poniedziałek – praca, praca, praca (całe mnóstwo spraw związanych z likwidacją mojej firmy)
wtorek – jak poniedziałek + wieczorne spotkanie wspólnoty
środa – praca, praca, praca
czwartek – praca, praca, praca+ pieczenie ciastek na Filipa+dentysta Motylka
no i tak dalej, i tak dalej….
Tymczasem… trzy dni temu dostałam gorączki, padłam jak mucha ze schorzeniem, które praktycznie nie powinno się mi przytrafić bo mijam się z grupą ryzyka na odległość 100 kilometrów. Zamiast posługiwać, zamykać firmę i biegać jak „kot z pęcherzem” leżę w łóżku. Boli mnie wszystko co może boleć a nawet to, o czym sądziłam, że boleć nie może. No cóż, jest takie piękne i mądre bardzo powiedzenie:
Jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach.
Jesień w motylowym ogródku
Ta galeria zawiera 9 zdjęć.
Nie mogę się nadziwić!
„Głupi jak komentarz na Onecie” – Usłyszałam kiedyś i bardzo się mi to powiedzonko spodobało. Sformułowanie jest nad wyraz słuszne, bo kiedy czytam różnego rodzaju wypowiedzi komentujące artykuły na portalach informacyjnych, nie mogę się wprost nadziwić stopniem ignorancji naszego cudownego polskiego społeczeństwa. Mam tylko nadzieję, że obserwacja nie dotyczy całej populacji;). Analizuję te różnego rodzaju „mądrości” i nasuwają się mi pytania następujące:
* Skąd w ludziach tyle nienawiści?
*Skąd w ludziach tyle przekonania o własnej wyższości and innymi?
*Czemu ludzie którzy (według ich mniemania) tak doskonale wiedzą co zrobić, żeby było lepiej, nie robią tego?
*Skąd w ludziach tyle bezkrytycznej, pysznej pewności siebie, że wypowiadają się na tematy o których nie mają pojęcia?
Otóż przeczytałam kilka dni temu komentarz pod informacją dotyczącą wypowiedzi jednego z polityków na temat zbyt wygórowanych opłat za przedszkola. W odpowiedzi na tę informację jedna z internautek (płeć sugerował nick, aczkolwiek dziś niczego nie można być pewnym)wzburzyła się niemożebnie ewentualnością utrzymywania przedszkoli z podatków. najbardziej oburzający i nie do przyjęcia był fakt, że ludzie bezdzietni musieliby płacić na dzieci innych. No dobra, a jak to jest z innymi rzeczami? Czy przypadkiem rzesza zdrowych ludzi nie płaci na leczenie chorej części społeczeństwa. A ludzie-szczęśliwcy zatrudnieni na umowy a nie na czarno, czy nie płacą na tych, którzy takiego szczęścia w naszej cudownej ojczyźnie nie mają? Czy rząd nie proponuje, żeby ci co mają dzieci dofinansowywali z własnych kieszeni etycznie nieakceptowalne in vitro? No to czemuż na litość boską nie pomóc rodzicom, którzy mają dzieci, bo jeszcze nie zapomnieli co to prawdziwa rodzina i jaką wartością, szczęściem i błogosławieństwem jest potomstwo? No cóż, światowa kobieta, jaką z pewnością jest komentatorka o której piszę (wszak wystarczy dziś głośno poprzeć jedynie właściwą partię by stać się człowiekiem światowym)na pewno nie stanęła jeszcze przed koniecznością uiszczenia opłaty za przedszkole z minimalnej krajowej, ponieważ światowi ludzie nie mają dziś dzieci, tylko uratowane ze schroniska psy i koty. Pytanie tylko, kto będzie ich utrzymywał jak przejdą na emeryturę. No tak, pytanie głupie, starość nie jest trendy. Oni nie będą potrzebowali emerytury. Oni dadzą się uśpić jak usypia się pieski i kotki.
Upadek Babilonu
Tak naprawdę się mi nie chciało. Nawet bardzo – stąd dwuletnia luka w zeznaniach. Motylątko poszło do szkoły. Motylówna wyprowadziła się z domu. Motylek będzie w tym roku zdawał maturę. Ale motyl powiedział, że powinnam dzielić się swoimi refleksjami z innymi. Więc się dzielę i dzielić będę, choć nie wiem jak regularnie mi to będzie wychodzić.
Opadają mi łuski z patrzałek moich wzmocnionych szkłami, a to co widzę szeroko otwartymi oczyma jest wstrętne, odrażające wprost – jednym słowem właśnie – upadek Babilonu.
To co widzę w firmie, która wydawała się silna jednością zaskakuje i przeraża. Budzi też we mnie refleksję – czy wszyscy jesteśmy tak zakłamani i podli, tacy łasi na pieniądze, pilnujący własnych korzyści? Czy naprawdę nie liczy się już nic oprócz pieniędzy?
Jak to jest? Inteligenty, wykształcony człowiek okazuje się złodziejem i intrygantem. Jego bóg to jego własne ego. Pełne pychy poczucie wyższości, męski szowinizm wyłażący spod lukrowanej przykrywki w trudnych emocjonalnie chwilach. Ateista patrzący z pogardą na wierzących – to „ciemnogród” przecież. A jednak to nie „ciemnogród” kradł i doprowadził do wewnętrznych tarć i konfliktów w firmie i do jej likwidacji.
Od jakiegoś czasu towarzyszył mi obraz miasta czekającego na zagładę. Nie umiałam go pojąć – w końcu żaden ze mnie prorok;). A potem podczas wieczornej modlitwy znalazłam opis upadającej Wielkiej Nierządnicy. I ostrzeżenie – uciekaj żeby się ubrudzić. A potem… dostałam wypowiedzenie. No cóż – Babilon upada a ja się ewakuuję.
Ateizm – życie bez Boga rodzi kwaśne owoce. Człowiek bezbożny ma serce niewypełnione Miłością Największą, bo jej tam nie wpuszcza. Ale takie serce jest zaproszeniem dla szatana, który się zadamawia zmieniając człowieka w moralne zombi.
Na własne oczy dostrzegłam działanie złego. Poczułam jego zimny oddech na plecach w pełnej nieufności i podejrzliwości atmosferze w dogorywającej firmie. Boję się myśleć jak bardzo świat ulega zakaźnemu obumieraniu serca.
Sesja terapeutyczna ;)
Koleżanka uczy się pomagać innym. Ma być czymś w rodzaju psychologa, tylko bez uprawnień. Taki chrześcijański doradca dla pogubionych wewnętrznie. Bardzo ją lubię. Koleżankę moją w sensie. Jest ciepła, serdeczna ale jednocześnie pełna stanowczości. Doskonale wie czego chce.
Trudno jest się przyznać do kłopotów. Teoretycznie po dużej dawce rekolekcyjnej powinnam wiedzieć co z tym robić. Ale nie wiem. Jest codziennym problemem. Staje się krzyżem. „Dzięki Ci Panie mój za ten Krzyż”. Ale czy umiem dziękować, czy tylko się wkurzam, że mi przeszkadza, drażni i doprowadza do furii? Wkurzam się i nie umiem przyjąć. A już mi się wydawało, ze jestem prawie doskonała. A tu tylko pycha i faryzeizm wyłazi każdym porem mojej zarozumiałej skóry.
No więc (podobno nie zaczyna się od tego zdania ale tak mi wygodnie) udałam się do koleżanki mojej, przyjaciółki właściwie, coby problem rozwikłać i może jakoś zaradzić. Przesiedziałyśmy 1,5 godziny. Obraz stał się wyraźniejszy. Nieco bardziej zrozumiały, co nie znaczy, że łatwiejszy w odbiorze. Ale zaczynam mieć broń w ręku. A to oznacza, ze nie dam robić już z siebie milczącej niemoty.
Poszłam do szkoły :)
Sobota i pół niedzieli w Magdalence w Wieczerniku
Miejsce wyjątkowe, takie do którego wraca się za każdym razem jak do domu rodzinnego. Zaczęłam szkołę animatora. I czułam się tak właśnie:

